legenda

 
  o nadprzyrodzonym pochodzeniu ikony  

powrót do menu

| wypisy |  Opowieść o wizerunku z Edessy  |  List do artystów  | inspiracje  |  
         
 

KONSTANTYN PORFIROGENETA Z ŁASKI CHRYSTUSA CESARZ RZYMSKI

"Opowieść o wizerunku z Edessy "

Oparta na różnych relacjach historycznych opowiadanie o świętym obrazie Chrystusa, Boga naszego, nie sporzą­dzanym ręką i wysłanym do Abgara oraz o tym, jak go przeniesiono z Edessy do tego zażywającego szczególnej pomyślności miasta nad miastami, Konstantynopola.

l. Współwiekuisty z Ojcem Bóg-Słowo nie tylko sam w sobie był poza wszelkim pojęciem ludzkim, lecz także Jego dzieła niemal w większości, jeśli nie wszystkie w ogóle, okryte są takim samym mrokiem niezrozumiałości. I nie tylko to, co jako Stwórca wszechrzeczy powołał do istnienia, lecz i to, czego dokonał ową pierwotną i jedyną mocą swej Boskości, kiedy przebywał wśród nas przyjąwszy według planu Bożego naszą ludzką naturę. Przeto każdy, kto świadom jest swojej ograniczoności i zdaje so­bie sprawa że nie jest w stanie ogarnąć rozumem rzeczy, które przekraczają jego zdolność pojmowania, w żadnym razie nie powinien być zbytnio zadufanym w sobie ani me zapuszczać się niemądrze w nieznane obszary, twier­dząc, że wie wszystko czy też że nic nie przekracza jego możliwości poznania.

Ikona przedstawiająca wręczenie królowi Abgarowi chusty z wizerunkiem twarzy Chrystusa  Otóż tak samo rzecz się ma z odbiciem postaci Boga-Człowieka, dokonanym bez środków malarskich cudowną wolą jego Sprawcy i utrwalonym na płótnie. W owym czasie wysłano je do Abgara w celu uzdrowienia go, a teraz przeniesiono z Edessy, niewątpliwie za zrządzeniem Bożym, do tego miasta nad miastami dla zapewnienia mu bezpieczeństwa i ochrany, aby niczego, co dobre, nie brakło grodowi, który ze wszech miar ma prawo przewodzić wszystkim innym.

Myślę, że mający poszanowania dla religii i poczucie rzetelności słuchacz i obserwator powinien dokładnie i szczegółowo zapoznać się z tą historią i starać się osiągu nać prawdziwą znajomość faktów z dalekiej przeszłości. Jednakże, jeśli chodzi o to, jak to się stało, że z wilgotnej wydzieliny, bez zastosowania farb i sztuki malarskiej od­tworzony został kształt twarzy na Imanym płótnie i że to, co przecież jest ze zniszczalnej materii, z upływem czasu nie uległo rozkładowi, a także, co się tyczy innych spraw, które, jeśli patrzeć na te rzeczy ze stanowiska przyrodni­czego, zwykło się poddawać poważnemu badaniu — trzeba to pozostawić niezgłębionej mądrości Bożej w pełnej świa­domości faktu, że jeśli ktoś usiłuje wszystko dokładnie pojąć rozumem, pogrąży się w zupełnej niewiedzy i po­padłszy w otchłań niezrozumiałości narazi się na ryzyko w sprawach najważniejszych, panosząc szkody w rzeczach wielkich, gdyż nie chce, aby wydało się, że czyni jakieś ustępstwo w sprawach małych.

Tedy wszyscy, którzy do tej sprawy podchodzicie ze szczerą wiarą i żywym zainteresowaniem, posłuchajcie, proszę, a opowiem wam o tym, co zdołałem dokładnie ustalić po należytym i szczegółowym badaniu i usilnym dążeniu do poznania prawdy, czerpiąc wiadomości za­równo z danych historyków, jak i ustnych relacji ludzi, którzy stamtąd (z Syrii) do nas przybyli i opowiadali o spra­wach utrzymywanych, w tajemnicy i zachowanych przez nich w pamięci.  

3. Zasięgnąwszy więc bliższych informacji i przekonawszy się, że to nikt inny tylko Pan nasz te cuda czyni, doniósł o tym po powrocie Abgarowi i szeroko opowiadał dookoła o wszystkim, co widział i słyszał. Stąd też, ponie­waż ubocznie oddał Abgarowi większą przysługę niż speł­nieniem poruczonego mu zadania, okazując się zwiastunem pomyślnych dla niego wiadomości, spotkał się z odpo­wiednim przyjęciem i uznany został za jednego z najbardziej oddanych mu sług. Że zaś choroba zawsze każe traktować zapowiedzianą możliwość uleczenia jak wielką zdo­bycz, a pod wpływem opowiadania i nadziei wyzdrowienia człowiek jeszcze bardziej się podnieca, gotów jest natych­miast przystąpić do poszukiwania tego, o czym mu do­niesiono. Tak też i Abgar postanowił pisemnie zaprosić do siebie człowieka, o którym mówiono, że potrafi uleczyć takie choroby, i bezzwłocznie napisał do Pana list, o któ­rym wieść szeroko się rozeszła, a który brzmiał następująco:

4. „Toparcha Edessy, Abgar, pozdrawia Zbawiciela Je­zusa, który objawił się w mieście Jerozolimie jako dobry lekarz. Doszła do mnie wiadomość o Twoich czynach i dokonanych przez Ciebie uzdrowieniach, bez użycia le­karstw i ziół. Jak bowiem głosi wieść, przywracasz śle­pym wzrok, chromym zdolność chodzenia, oczyszczasz trę­dowatych, wypędzasz nieczyste duchy i demony, uzdra­wiasz cierpiących na przewlekłe choroby i wskrzeszasz umarłych. Skoro dowiedziałem się tego wszystkiego o To­bie, pomyślałem, że są tylko dwa sposoby wytłumaczenia tego faktu: albo Ty jesteś Bogiem i dokonujesz tych czynów zstąpiwszy z nieba, albo spełniasz je, bo jesteś Sy­nem Boga. Dlatego też napisałem do Ciebie, prosząc, abyś zechciał podjąć trud odwiedzenia mnie i uzdrowienia z choroby, na którą cierpię. Albowiem doszły mnie także słuchy, że Żydzi szemrzą przeciwko Tobie i chcą Ci wyrządzić krzywdę. Miasto moje jest wprawdzie niewielkie, lecz wspaniałe, i wystarczy dla nas obu, aby żyć w nim w pokoju".

5. Skoro zaś Ananiasz dał tak wyraźne dowody życzli­wości względem swego pana, znał dobrze drogę i obe­znany był ze sztuką malarską, więc Abgar jemu powierzył zadanie doręczenia tego listu Jezusowi, przykazując — w razie gdyby me udało się nakłonić Jezusa za pomocą listu do przybycia do niego — dokładnie narysować podo­biznę Jego postaci i dostarczyć mu ją, aby mógł niejako na podstawie cienia, wzrokowo, a nie tylko ze słyszenia nabrać wyobrażenia, jak wygląda Ten, który dokonuje tych niezwykłych czynów.

Po przybyciu do Judei wysłaniec zastał Pana przema­wiającego pod gołym niebem do ludu, który ściągnął f różnych stron, i czyniącego zdumiewające cuda. Nie mogąc zaś zbliżyć się do Jezusa z powodu tłumu ludzi. którzy przybyli w różnych potrzebach, Ananiasz wszedł na pewną, niewiele nad ziemią sterczącą skałę i usiadł na mej, niedaleko od miejsca, gdzie Jezus przemawiał. Jak tylko Zbawiciel dał się odróżnić od tłumu — bowiem rzu­cał się w oczy pośród wiotkiej gromady — od razu utkwił weń wzrok, przyłożył rękę do kawałka papieru i począł rysować podobiznę Tego. którego miał przed oczyma.

6. Jezus zaś poznał to w duchu swoim ł przyzwawszy Tomasza rzekł doń: „Pójdź na tamto miejsce i przypro­wadź do mnie człowieka, który siedzi na skale i rysuje moją postać, i zabierz z sobą także list, z którym On przybył ze swego kraju, aby mógł spełnić polecenie tego, który go. wysłał". Zatem Tomasz odszedł i poznał Ana­niasza po tym, co jak słyszał, miał on czynić i przyprowa­dził go do Jezusa* Zanim Chrystus odebrał od niego list, powiedział mu, jaka jest przyczyna przybycia do Niego oraz treść listu. Następnie wziąwszy go przeczytał i udzie­lił innym listem odpowiedzi o takiej treści:

7. „Błogosławiony jesteś, Abgarze, żeś uwierzył we mnie, chociaż mnie nie widziałeś. Napisano bowiem o mnie, że ci, którzy mnie widzieli, nie uwierzyli we mnie, aby ci co mnie nie widzieli, mogli uwierzyć i żyć. A co się tyczy sprawy mojego przybycia do ciebie, o któ­rej napisałeś, to muszę wypełnić wszystko, dla dokonania czego zostałem tu posłany, i po spełnieniu tego powrócić do Ojca, który mnie posłał. A gdy tylko do Niego po­wrócę, poślę do ciebie jednego 2 moich uczniów, który uleczy twoją chorobę oraz ciebie i twój dom obdarzy żydem wiecznym i pokojem, a miastu twojemu zapewni bezpieczeństwo, aby żaden wróg nim nie zawładnął”.

8. Przeto Chrystus wręczył ten list Ananiaszowi, lecz wiedząc, że jemu na sercu leży i niepokój sprawia speł­nienie drugiego polecenia swego pana, mianowicie dostar­czenia Abgarowi podobizny Jego postaci, Zbawiciel obmył twarz wodą, następnie wytarł z niej wilgoć podanym Mu ręcznikiem i Boskim niepojętym sposobem sprawił, że odbił się na nim Jego wizerunek. Wręczywszy go Ana­niaszowi, polecił oddać go Abgarowi na pocieszenie w jego tęsknocie i, chorobie/ Ananiasz powracając z tymi rzecza­mi przybył do miasta Hierapolis (w języku Saracenów nazywa się ono Memmich, a u Syryjczyków Mabuk), zamieszkał poza nim w miejscu, gdzie znajdował się nie­dawno przygotowany stos dachówek i ukrył tam ten świę­ty kawałek płótna. A około północy ukazał się wielki ogień, rozprzestrzenił tak szeroko, że w mieście wydawało się, iż wszystko dookoła stor w płomieniach. Zdjęci stra­chem o siebie samych mieszkańcy opuszczali miasto i za­jęli się zbadaniem miejsca pożaru, który widzieli. Zna­leźli tam Ananiasza i wzięli go pod straż jako sprawcę tego zuchwałego czynu. Zaczęto wyjaśniać sprawę i do­ciekać, kim on jest i skąd przybył.

9. Tymczasem Ananiasz, którego niezwykłość tego oskar­żenia wprawiła w zakłopotanie, wyjaśnił, skąd pochodzi, t jakiego miejsca przybywa i co niesie, oraz wyjawił, że złożył swój tobołek między dachówkami, skąd zdawał się buchać płomień. Pragnąc od razu przekonać się o praw­dziwości tych słów mieszkańcy miasta przebadali to miej­sce i me tylko znaleźli to,, co ukrył Ananiasz, lecz jeszcze na jednej z sąsiednich dachówek drugie odbicie świętej podobizny, które — rzecz zdumiewająca i przechodząca pojęcie ludzkie — zostało przeniesione z nie malowanego wizerunku na płótnie. Patrzący na to, ogarnięci zdumie­niem i lękiem zarazem wobec takiego zjawiska, jak rów­nież faktu, że nigdzie nie znaleziono palącego się ognia, a płomień zdawał się emanować z jaśniejącego oblicza [Jezusa], zatrzymali u siebie dachówkę, na której odci­śnięty został wizerunek Boski, jak święty klejnot i skarb najcenniejszy, dopatrując się w tym, co widzieli, działania mocy Bożej. Pierwotny egzemplarz, jak również tego, który go przyniósł, bojąc się zatrzymać u siebie odesłali do Abgara. I po dziś dzień obraz odbity na dachówce znajduje się nie naruszony i czcią otoczony u mieszkań­ców tego miasteczka — ta nie malowana kopia nie malo­wanego wizerunku, nie sporządzony ręką obraz z nie spo­rządzonego ręką egzemplarza. Ananiasz zaś dokończywszy zamierzonej podróży opowiedział swemu panu o wszyst­kim, co się wydarzyło w czasie drogi, i oddał zbawcze przedmioty, które przyniósł.

10. Takie jest powszechnie znane opowiadanie o tym nie malowanym wizerunku naszego Zbawiciela na płótnie. Ale na ten temat krąży jeszcze inna opowieść, która ani nie jest niewiarygodna, ani pozbawiona rzetelnych świadków. Podam ją także, aby ktoś nie podejrzewał, że to pierwsze opowiadanie zawdzięcza swoją wiarygodność nieznajomości jego drugiej wersji. Nie ma w tym nic dziwnego, że wskutek upływu czasu przenikają do  historii rzeczy fałszywe. Jednakowoż w głównym punkcie wszyscy się zgadzają, mianowicie że oblicze Pana zastało w przedziwny sposób odbite na płótnie. Zachodzi wprawdzie różnica co do okoliczności, to jest czasu, ale czy rzecz miała miejsce wcześniej, czy później, w niczym to nie umniejsza prawdy. Ta druga wersja opowiadania przedstawia się następująco:  

Druga opowieść o Mandylionie

11. Powiadają, że kiedy Chrystus miał iść na dobrowolną śmierć, okazywał, jak zauważono, ludzką słabość, był pe­łen trwogi i modlił się. Jak wspomina ewangelista, pot ściekał z Niego jak krople krwi. Wtedy miał wziąć od jednego z uczniów ten kawałek płótna, który dziś widzi­my, i wytrzeć nim krople potu. I od razu odbił się dągle jeszcze widoczny obraz Jego Boskiego oblicza. Jezus od­dał płótno Tomaszowi i polecił przez Tadeusza posłać je, po swoim wniebowstąpieniu, Abgarowi, spełniając w ten sposób dane w liście przyrzeczenie. Gdy więc Pan nasz Jezus Chrystus wstąpił do nieba, Tomasz przekazał nie malowany ludzką ręką obraz oblicza Pańskiego Tadeuszo­wi i kazał go wysłać Abgarowi.

12. Skoro Tadeusz przybył do Edessy, najpierw zatrzymał się u jednego z tamtejszych żydów. Nazywał się on Tobiasz. Zanim doszło do rozmowy z Abgarem, uczeń Chrystusa pragnął dać mu się poznać przez swoje czyny, uzdrawiając chorych w mieście samym wezwaniem imie­nia Chrystusa. Toteż gdy szeroko rozeszła się sława Chry­stusa — jak zwykle dzieje się w takich wypadkach, gdyż niezwykłe zdarzenia znajdują wielu głosicieli, którzy je rozpowszechniają — wieść o przybyciu Jego apostoła do­tarła także do Abgara za pośrednictwem jednego z wpływowych u niego mężów, imieniem Abdu. Emir od razu domyślił się (ciągle bowiem żywił taką nadzieję), że to jest właśnie ten, którego Jezus w swoim liście przyrzekł mu przysłać. Dowiedziawszy się od Abdu nieco więcej o Tadeuszu, kazał go przyprowadzać. Zatem mąż ten po­szedł i powiedział o tym apostołowi, który oświadczył, że wysłany został mocą Pana, i nazajutrz udał się do Abgara. Gdy już miał stanąć przed jego obliczem, umieścił ową podobiznę na swoim czole i tak podążał do Abgara. Ten zaś patrząc na nadchodzącego z oddali miał wrażenie, że widzi bijące z jego twarzy światło tak oślepiające, że żadne oko nie mogło go znieść, a wydawał je obraz, który Tadeusz miał na sobie. Zdumiony tą trudną do zniesienia siłą jasności, jakby zapominając o trapiących go dolegli­wościach i długotrwałym paraliżu członków, od razu po­wstał z łoża i wprost zmuszony był biec. Każąc sparali­żowanym członkom iść na spotkanie, doznał takiego samego uczucia, choć w inny sposób, jak ci, którzy na górze Tabor zobaczyli jaśniejące oblicze.

13. Przeto wziąwszy od apostoła tę podobiznę przykładał ją z czcią do głowy i do warg, nie pozbawiając także innych części ciała takiego z nią kontaktu, i od razu po­czuł, ze wszystkie członki w cudowny sposób odzyskują siły i doznają zmiany na lepsze. Ciało oczyszczało się 2 trądu, który znikał, i tylko na czole jeszcze pozostał po mm jakiś mały ślad. Dowiedziawszy się dokładniej z ust apostoła o nauce prawdy i niezwykłych cudach dokony­wanych przez Chrystusa, Jego Boskiej męce, złożeniu w próbie, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, uwierzył, ze Chrystus jest prawdziwym Bogiem, i zaczął wypyty­wać o odbitą na płótnie Jego podobiznę. Kiedy przyjrzał się jej bliżej, zauważył, że nie zawiera ona śladu ziem­skich kolorów, i zdumiewał się nad jej mocą, która spra­wiła, że w cudowny sposób powstał z łoża i cieszył się dobrym zdrowiem. Wtedy Tadeusz opowiedział mu o chwili trwogi [u Jezusa], podobiźnie powstałej z Jego potu bez użycia kolorów, o swoim przybyciu z rozkazu Pana i wszystkich innych wydarzeniach, o których była mowa w po­przedniej części naszej historii.

14. Kiedy więc po włożeniu nań rąk przez Tadeusza w imię Jezusa Chrystusa bóle zaczęły ustępować, rozluźnione członki niejako sprężać się, zniekształcenie zanikać i wszystko wracać do zdrowia, Abgar wprost nie posia­dał się ze zdumienia i rzekł: ,,Zaiste, jesteś prawdziwym uczniem Syna Bożego Jezusa, który uzdrawiał nie używa­ne żadnych lekarstw ni ziół. Mnie także ogarnęła tak wielka do Niego miłość i wiara, że gdybym nie lękał się przemożnej potęgi Rzymian, którzy nie pozwalają pod­władnym swoim wzajemnie przeciw sobie oręż podnosić, chyba przedsięwziąłbym zbrojną wyprawę na tych, którzy Pana ukrzyżowali, i podbił pod swoją władzę. Lecz skoro teraz dowiedziałem się, że On poszedł na mękę dobrowol­nie, i przekonałem się, że bez Jego woli nigdy by źli lu­dzie nad Nim nie zatriumfowali, nie podejmuję żadnych dalszych kroków. Proszę tylko o łaskę, abym został uzna­ny godnym chrztu Bożego, mógł wejść wraz z całym do­mem do tej wspólnoty i oddać się Chrystusowi Panu". Zatem apostoł po dokonaniu wpierw wielu cudów i uzdro­wieniu wszystkich z chorób, na które cierpieli — wśród nich i tego, który pierwszy przyniósł toparsze wiadomości po nim, uwalniając go od cierpień podagrycznych — doprowadził Abgara do chrzcielnicy. Po spełnieniu w związku z tym przepisanych obrzędów ochrzcił go wraz z żoną, dziećmi i wszystkimi jego domownikami. I z tej Boskiej wody oczyszczającej Abgar wyszedł zupełnie czy­sty i zdrowy i nawet mała pozostałość po trądzie na jego czole zupełnie znikła.

15. Dlatego to toparcha, otaczając tę podobiznę postaci Pana głęboką czcią i poszanowaniem, dodał do innych oznak szacunku jeszcze i taki. Otóż starodawni mieszkań­cy i osiedleńcy Edessy postawili przed publiczną bramą, miasta posąg jednego z ważniejszych bogów greckich, któremu każdy, kto chciał wejść do tego grodu, obowiązany był pokłonić się i uczcić go pewnymi zwyczajowymi modlitwami. Dopiero wtedy wolno mu było poruszać się po drogach i ulicach Edessy. Abgar wówczas obalił ów posąg i oddał na zniszczenie, a na miejscu, na którym był postawiony, umieścił tę nie sporządzoną ręką podobiznę Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przymocował ją do de­ski i upiększył dziś jeszcze widocznym złotem, w którym kazał wyryć następujące słowa: „Chryste Boże, ten, który w Tobie pokłada nadzieję, nigdy się nie zawiedzie". Zarządził także, aby każdy, kto by zamierzał przejść przez tę bramę, oddał odpowiednią cześć, należny pokłon i sza­cunek — godnemu najwyższego podziwu, cudownemu obrazowi Chrystusa, zamiast tamtemu dawnemu posągowi bez wartości i pożytku, i dopiero wtedy wchodził do mia­sta Edessy. I tak to niejako pomnik pobożności i wotum tego męża zachowywano, dopóki żył sam Abgar i jego syn, który przejął w dziedzictwie zarówno królestwo ojca, jak i jego pobożność. Natomiast ich syn i wnuk, który został następcą w królestwie ojca i dziada, nie przejął po nich tych nabożnych uczuć, lecz, by tak rzec, wzgardził nimi i powrócił do demonów i bałwanów. Pragnąc nie­jako oddać sprawiedliwość demonom postanowił — tak jak dziad jego skazał na zagładę posąg bałwana — taki sam wydać wyrok na obraz Pana. Jednakże zdradliwy zamysł tego męża nie doszedł do skutku. Albowiem biskup tej okolicy przewidział to i okazał w tym względzie prze­zorność, jak na to pozwalały okoliczności. Ponieważ miej­sce, w którym znajdował się obraz, miało kształt półkoli­stego cylindra, zapalił przed nim lampę i postawił obok dachówkę. Następnie dojście z zewnątrz odciął masą bia­łego wapna i palonej cegły, doprowadzając mur do jed­nakowego poziomu. I dzięki temu, że ten znienawidzony obraz był niewidoczny, ów bezbożnic poniechał swego zamiaru. Dachówkę zaś kapłan postanowił umieścić przed obrazem dla tej — jak sądzę — przyczyny, żeby zapobiec możliwości psucia się z powodu pleśnienia budowli i wil­goci, ciągnącej z zaprawy murarskiej w schowku obrazu, i powiększeniu szkody powstającej z upływem czasu.

16. Potem upłynęło wiele czasu i zarówno sprawa usta­wienia tego Świętego obrazu, jak i jego ukrycia wyszła już z pamięci ludzi. Kiedy więc w swoim czasie król Persów Chosroes tupiąc miasta Azji dotarł również do Edessy i rozbiwszy przed nią obóz obwarowany palisadą pod­ciągnął wszelkiego rodzaju machiny, przygotował wszelki sprzęt potrzebny do zdobycia miasta i pobudował, jakie tylko było można, wyrzutnie do miotania pocisków, kru­szenia muru i wyłamywania bram, stojąc w obliczu tak wielkiego niebezpieczeństwa Edesseńczycy rozważali mię­dzy sobą wszystkie możliwe sposoby przygotowania się do obrony, ale wysiali także poselstwo do wodzów rzym­skich z prośbą o pomoc. Jednakże Halio, ówczesny dowód­ca wojsk rzymskich, sam miał niemałe kłopoty z nieprzy­jaciółmi i nie był w stanie przyjść mieszkańcom Edessy w sukurs. Dodawał im jednak otuchy w swym piśmie, przypominając list od Pana i nieomylne zapewnienie, dzięki któremu utrzymuje się wieść i przekonanie, że mia­sto to jest pod szczególną opieką i nie do zdobycia. Tym­czasem Persowie nie tylko przypuszczali otwarte ataki, lecz obmyślali również potajemne zasadzki. I tak zaczęli z daleka czynić podkop, aby podstępnie dostać się podziemnym tunelem w obręb miasta. Gdy już znaleźli się, niby nurkowie, pod ziemią, po wewnętrznej stronie muru, zdradzili swoją obecność z takiej oto przyczyny. [W tej części miasta] mieszkał kowal. Miał w domu swoim za­wieszone spiżowe narzędzia, które wydawały dźwięk, gdy Persowie kuli w ziemi i wynosili ukopaną glinę. Przeto mieszkańcy miasta nie wiedząc, co począć, i znajdując się w krańcowej desperacji, zwrócili się do Boga, błagając Go ze ściśniętym sercem i ze Izami w oczach. I oto w no­cy ukazała się biskupowi (był nim Eulaliusz) jakaś postać niewieścia w ozdobnej szacie, pełna dostojeństwa i wynioślejsza niż to bywa u ludzi, i poleciła mu zabrać nie sporządzony ręką obraz Chrystusa i zanosić przy nim modły, aby Pan w pełni okazał swoją moc cudowną. Biskup zaś odrzekł, że zgoła nic o tym nie wie i nie ma żadnego pojęcia, czy w ogóle obraz taki znajduje się czy to u nich, czy u kogo innego. Wtedy to zjawa w postaci niewieściej oświadczyła mu, że taki obraz został ukryty powyżej bramy miasta w taki a taki sposób. 

17. Biskup, przekonany tak wyraźnym widzeniem, skoro świt poszedł modląc się na to miejsce i po przeszukaniu go znalazł ów święty obraz nie naruszony i lampę, która mimo upływu tylu lat nie wygasła, a na dachówce postawionej przed nią dla ochrony odbitą inną podobiznę obra­zu, która szczególnym trafem zachowała się po dziś dzień w Edessie. Wziąwszy zatem w ręce święty wizerunek Boga-Człowieka, Chrystusa, z tym większą ufnością udał się na to miejsce, w którym brzęk narzędzi spiżowych zdradzał podkopujących się Persów. Ze swej strony obywatele miasta także zaczęli kopać od wewnątrz i gdy obie strony zbliżyły się do siebie, pokropili oliwą z tej lampy ogień, który tamci przygotowali przeciw swoim nieprzyjaciołom, i skierowawszy go na Persów znajdujących się w tunelu, wszystkich wygubili. Z kolei po uwolnieniu się z tej zasadzki, przypuścili podobny atak na machiny umieszczone poza murem i wszystkie razem spalili, a nie­mało nieprzyjaciół, stanowiących ich obsadę, wybili. Gdy już nabrali animuszu i zaczęli z muru miotać grad ka­mieni, zdarzy to się, że padł od nich wódz tego zbrodni­czego wojska, a w raz z nim wielu innych. Mało tego! Także ogień rozniecony przez Persów zewnątrz przeciwko mieszkańcom i podsycany ogromną liczbą pni oliwek i mnóstwem innych ściętych drzew [moc] świętego obrazu, który stał się ich sprzymierzeńcem, na wrogów obróciła... Gdy bowiem Eulaliusz rozpostarł podobiznę własnymi rękami z wierzchu muru i [obchodząc] miasto przyszedł do tego miejsca, od razu zerwał się gwałtowny wicher i właśnie na tych, co ogień ten rozpalili, skierował płomienie, które pełzały za nimi i paliły ich, jak niegdyś Chaldej­czyków.  

 18. Historia ta nie jest pozbawiona świadków i nie zo­stała przez nas wymyślona po to, aby przyjemnie głaskała uszy słuchającego lub wprowadzała go w błąd. Podają ją przecież trzej patriarchowie — Job z Aleksandrii, Chrystofor z Ahtiochii i Bazyli z Jerozolimy. Że tam właśnie rzecz się ma, oni jasno stwierdzili w liście do cesarza Teofila, który bezcześcił święte obrazy. Rozwodząc się szeroko nad świętością i poszanowaniem świętych obra­zów, nie omieszkali także i o tym się wypowiedzieć. O tej sprawie może każdy tam zaczerpnąć wiadomości, kto zechce zapoznać się z treścią tego długiego listu. Tak samo, jeśli ktoś zechciał zadać sobie trud uważnego przeczyta­nia „Historii Kościoła" Ewagriusza, z pewnością dowie­dział się, co autor pisze w czwartej księdze o tym świę­tym obrazie.  

19. Opowiada on także, że Chosroes —kierując się poza innymi pobudkami także pragnieniem udowodnienia ponad wszelką wątpliwość, że rozpowszechnione wśród chrześcijan mniemanie, jakoby miasto to było nie do zdobycia, jest z gruntu fałszywe — użył takiego sposobu. W wyniku wydanego rozkazu i zatrudniania bardzo wielu rąk swojego wojska zgromadził w krótkim czasie ogromną liczbę, a raczej -niezmierzone mnóstwo pali drzewnych, które powbijał dookoła miasta, tworząc jakby dwa mury, a środek zasypał ziemią. Na tej podstawie zbudował na­przeciwko miasta inny mur, który przewyższał mury Edessy i z tej nieco wyższej pozycji zamierzał obrzucić pociskami jej mieszkańców. Edesseńczycy widząc, że naprzeciw murów wynosi się jakby górę, i spodziewając się, że wrogowie wtargną do nich idąc niby po równym terenie, czuli się wprawdzie bezradnymi, lecz czynili mimo to wszystko, co było możliwe, dla swej obrony. Zaczęli więc kopać przed tym dopiero co zbudowanym murem rów z tą myślą, że w razie gdyby udało im się podpalić palisadę przed nasypem i zsunąć ziemię do wykopu, ten . wielki mur, który wyłonił się niby zjawa senna, oj razu by się zapadł i rozsypał. Kiedy ukończyli wykop, podłożenie ognia pod pale nic im nie dało, ponieważ wskutek tego, że ziemia wewnątrz była ubita, a pnie jeszcze zbyt świeże, płomień mogło rozniecić poza tym drewnem tylko jakieś nowe paliwo. Przeto wynieśli ten święty obraz do świeżo wykopanego rowu i poświęciwszy za jego pomocą wodę, pokropili nią ogień i drewno, czym spowodowali, że płomień rozgorzał z całą siłą. Ponieważ moc Boża dopomogła tym, którzy to uczynili dzięki swej wierze, woda stała się dla ognia oliwą i roznieciła płomienie, które pochłonęły to, co było na ich drodze. Wtedy król Persów poniechał zamiaru zdobycia miasta i dowiedziawszy się, skąd mieszkańcy utrzymali pomoc, zawarł układ pokojowy i powrócił do swego kraju.

20. Lecz w niedługim czasie i on miał doświadczyć dobrodziejstwa tego świętego obrazu, który teraz wspierał jego wrogów, a własnemu ludowi przynosił zgubę. Otóż córkę jego opętał zły duch. Wprowadzona w stan nienaturalny ciągle wołała, że jeśli nie nadejdzie z Edessy nie sporządzony ręką obraz, duch. który w niej zamieszkał, nie opuści jej. Kiedy król to usłyszał i pomyślał o wydarzeniach z czasu oblężenia (nie uszedł bowiem jego uwagi nagły przypływ niezwykłej siły i odwagi u Edesseńczyków), natychmiast napisał do zwierzchnika miasta, metropolity Eulaliusza i samych mieszkańców, aby jak najrychlej przysłali mu święty i obdarzony wielką mocą wizerunek, dodając, że powodem tego jest nieszczęsny los córki. Błagał na wszystko i zaklinał ich, aby nie od­rzucali jego prośby. Ci jednak wietrząc w tym właściwą postępowaniu Persów wiarołomność i żywiąc obawę, że Pers pragnień podstępnie odebrać im to, co stanowi ich siłę, nie chcieli dopuścić do wydania swojego opiekuna i dobroczyńcy ani też do zerwania na podstawie takiego pretekstu układu pokojowego. Przeto powzięli mądry i zbawienny dla siebie plan. Mianowicie sporządzili zupełnie jednakową co do wielkości i możliwie najwierniej odmalowaną kopię nie malowanego obrazu, starając się zachować jak największe podobieństwo do niego, i wysłali ją proszącemu. Skoro wysłańcy niosący obraz weszli w granicę Persji, demon od razu zaczął ustami córki królewskiej wykrzykiwać, że natychmiast wyjdzie i zmie­ni swoje mieszkanie z powodu nadchodzącej mocy, lecz tylko pod warunkiem, że przyzwany wizerunek oddali się z powrotem i nie przybliży się ani do pałacu królewskiego, ani do miasta perskiego. Prosił przy tym króla i zaklinał na wszystkie sposoby. Skoro król mu to przyrzekł i córka królewska po opuszczeniu jej przez demona powróciła do zdrowia, Chosroes, czy to spełniając życzenie demona i dotrzymując obietnicy, czy też może z obawy przed mocą przybywającego wizerunku, ze względu na swoje podłe i występne postępowanie, nakazał przez posłańców obraz ten zabrać z powrotem do miasta, z którego pochodził. Ofiarował też od siebie dary tym, którzy go wysłali.

Acheiropoieton - nie ludzką ręką uczyniony Pozostało zatem u Edesseńczyków to bezcenne dobro i skarb niewyczerpalny, ów pierwotny i nie malowany obraz, zawsze przez nich czcią otaczany i w zamian da­jący im ochronę. Gdy do tego miasta nad miastami (to jest Konstantynopola) zewsząd zaczęło płynąć to, co najlepsze i najpiękniejsze— taka była widać wola Boża, aby wśród zgromadzonych tam innych skarbów znalazł się również ten święty obraz — Roman, który dzierżył ster cesarstwa rzymskiego, gorąco pragnął posiąść go własnym staraniem i wzbogacić cesarskie miasto. Toteż wiele razy wyprawiał poselstwa do Edessy, prosząc o przysłanie mu obrazu oraz listy napisanego własną ręką Chrystusa i obiecujac dać im coś w zamian, mianowicie dwustu Saracenów i dwanaście tysięcy srebrnych monet. Ale mieszkańcy Edessy oświadczyli, że nie bidzie to dla nich z korzyścią, jeśli wymienią opiekuna i stróża swojego miasta za srebro i śmiertelnych ludzi.

22. Gdy ten raz po raz ponawiał wobec nich swoją prośbę, ci za każdym razem ją odrzucali. W końcu, w 6452 roku od stworzenia świata, emir Edessy wyprawił posel­stwo domagając się od cesarza, aby dał im na piśmie, opieczętowanym dla pewności złotą pieczęcią, gwarancję, że wojsko rzymskie nigdy nie napadnie jako wróg na cztery miasta, którymi były: Rochas (jest to nazwa Edessy w języku barbarzyńców), Charę, Saratę i Samosatę nie będzie grabić ich pól ani ich mieszkańców uprowadzać do niewoli. Natomiast dwustu saraceńskich współplemieńców winien mu odesłać wolnych, a przyobiecaną ilość srebra zapłacie. Dopiero wtedy odda w zamian upragniony obraz i list Chrystusa.

23. Cesarz tak bardzo pragnął posiąść takie dobro, że zgodził się na wszystkie podane warunki. Wysłał przeto bogobojnego i bawiącego tam podówczas biskupa Samosaty, Abrahama, aby odebrać święty obraz i list Boga na­szego, Chrystusa. Zarówno wysyłający jak i ten, któremu poruczono to zadanie, żywili obawę, aby przy odbiorze me przekazano zamiast nie malowanego i prawdziwego obrazu, kopii sporządzonej onegdaj w czasie napadu perskiego. Toteż dla wszelkiej pewności cesarz zabrał, na swoją prośbę, oba obrazy, jąko też trzeci, uczczony w kościele nestoriańskim i prawdopodobnie stanowiący dawno sporządzoną kopię egzemplarza pierwotnego. Zatrzymano tylko ten właściwy i prawdziwy, a dwa inne odesłano.

24. Ale to nastąpiło później. Tymczasem wśród wiernych Edessy powstał bunt i miasto ogarnęło wielkie wzburzenie, gdyż nie chciało słyszeć o zabraniu im tego, co było ze wszystkich posiadanych skarbów najcenniejsze i zapewniało im ochronę. W końcu wódz Saracenów jednych nakłonił perswazją, wobec drugich zastosował przymus, innych wreszcie zastraszył groźbą śmierci i doprowadził do tego, że mu obraz wydano. Lecz w chwili, gdy wizerunek oraz list Chrystusa miały opuścić Edessę, nagle, jakby z rozmysłu jakiegoś czy zrządzenia, zerwała się burza z grzmotami, błyskawicami i ulewnym deszczem i znowu ci, którzy przedtem okazywali swoje przywiązanie do tych przedmiotów, poczęli się burzyć, utrzymując, że to Bóg w ten sposób, objawił, iż nie jest zgodne z Jego wolą zabranie stamtąd tych najświętyszych rzeczy. Gdy jednak wódz Saracenów, w którego ręku spoczywała najwyższa władza, uznał, że należy trzymać się pierwotnej umowy i spełnić obietnice, ten bezcenny wizerunek wraz z krótkim listem pisanym ręką Chrystusa został zabrany z miasta i tutaj przeniesiony.  

25. Zatem niosący te przedmioty ruszyli w drogę i dotarli do brzegów Eufratu. I znów powstało nie mniejsze niż poprzednio wrzenie, gdyż Edesseńczycy twierdzili, że jeśli nie będzie jakiegoś znaku od Boga, to oni, cokolwiek by się stało, nie wydadzą rzeczy zapewniających im bezpieczeństwo. I oto tym niewiernym i kuszącym Boga znak został dany. Mianowicie okręt, którym postanowili prze­prawić się przez Eufrat (a był jeszcze zakotwiczony przy brzegu po syryjskiej stronie), jak tylko weszli do niego biskupi ze świętym obrazem i listem, a buntujący się nie zdołali jeszcze tego uczynić z powodu wzburzonej wody, nagle bez wioślarzy, bez sternika i w ogóle bez kogokol­wiek holującego popłynął aż do przeciwległego brzegu, kierowany tylko wolą Bożą. Zdarzenie to napełniło wszyst­kich, którzy byli obecni i przyglądali się, zdumieniem i podziwem i skłoniło ich do tego, że chętnie zgodzili się na wydanie tych przedmiotów.

26. Następnie niosący święte przedmioty przybyli do Samosaty. Byli to: biskup Samosaty i [biskup] Edessy, pierwszy z kapłanów tego ostatniego i inni wielce nabożni chrześcijanie, w liczbie których był także sługa emira o imieniu przybranym od Rzymu. Kiedy na tym miejscu spędzili już kilka dni i zdarzyło się tutaj niemało niezwykłych zjawisk, udali się w dalszą drogę. I znowu w czasie podróży dokopało się za sprawą świętego obrazu i listu Chrystusa wiele cudów. Ślepi bowiem niespodzianie odzyskiwali wzrok, chromi stawali się sprawnymi, obłoż­nie chorzy od długiego czasu — skakali, cierpiący na bezwład rąk powracali do zdrowia. Krótko mówiąc, każda choroba i dolegliwość ustępowała, a uzdrowieni wielbili Boga i wysławiali Jego cuda.

27. Skoro już odbyli większą część drogi, doszli do klasztoru Świętej Bożej Rodzicielki, noszącego miano klasztoru Euzebiusza i leżącego w prowincji zwanej Optymacką. W kościele tego klasztoru złożono przy odpowiednich obrzędach religijnych skrzynię zawierającą cudowny obraz. Wielu ludzi, którzy przybywali tam ze szczerą wiarą, zo­stało uzdrowionych z trapiących ich chorób. Przybył tutaj także pewien człowiek opętany przez demona. Zły duch posługując się nim jako narzędziem wypowiadał jego ustami wiele pochwał odnoszących się do obrazu i listu. Już bowiem w dawnych czasach tego rodzaju ludzie mówili do Pana: „Wiemy o Tobie, kim jesteś, święty z Izraela". W końcu jakby w natchnieniu proroczym wypowiedział te słowa: „Przyjmij, Konstantynopolu, chwałę i radość, a ty, Konstantynie Porfirogeneto, cesarstwo swoje. To rzekłszy człowiek ten został uzdrowiony i natychmiast uwolniony od udręk demona. Wielu jest ludzi mogących poświadczyć te słowa. Kiedy bowiem cesarz wysłał dla Uczczenia i powitania tego upragnionego przedmiotu pierwszych mężów w radzie i razem z .nimi udała się także wielka liczba żołnierzy ze straży przybocznej, zdarzyło się, że zarówno urzędnicy, jak i patrycjusze wraz z pewnymi ludźmi niższej rangi słyszeli je i mogli to potwierdzić. Ponieważ wypowiedź ta rychło się spraw­dziła, słusznie można postawić pytanie, skąd zły duch otrzymał dar proroczy. Nie wierzy się .przecież, żeby mieli go sami z siebie ci, co odeszli od chwały Bożej i działalność ich związana jest z ciemnością, a nie świa­tłością. Jest jednak rzeczą oczywistą, że jak moc Boża niegdyś posłużyła się Balaamem jako narzędziem dla wypowiedzenia proroctwa i w licznych innych przypad­kach często także ludźmi niegodnymi, najzupełniej zgod­nie z mądrym i dobrze pomyślanym planem, tak samo i w tym przypadku moc tkwiąca w świętym wizerunku użyła demona, aby przepowiedzieć to, co wkrótce potem miało się spełnić. Skoro tymczasem wydarzenia te się ziściły, nie od rzeczy było o nich wspomnieć. A teraz prze­chodzimy do dalszego opowiadania.

28. W piętnastym dniu miesiąca sierpnia, kiedy cesarze zwyczajowo obchodzili święto Wniebowzięcia Bogarodzicy zawsze Dziewicy w poświęconym jej kościele w Blachernach, nadeszli tam wieczorem niosący te święte przedmioty i złożyli skrzynię, zawierającą obraz i list, w gór­nym oratorium tej Bożej świątyni. Wtedy zbliżyli się cesarze, powitali ją z zewnątrz w nabożnym uwielbieniu, po czym z całym honorem, przy udziale straży przybocz­nej i z licznymi pochodniami wnieśli ją na trójrzędową galerę cesarską i razem z nią podążyli do pałacu. Tutaj złożono ją w kościele Bożym, który nosi nazwę Faros [płaszcz] — może z tej przyczyny, że był ozdobiony z wielkim przepychem, jakby wspaniała szata. Nazajutrz — a był to szesnasty dzień miesiąca — znowu powitali ją z czcią i w nabożnym i pełnym uwielbienia skupieniu, po czym zabrali ją stamtąd kapłani i synowie cesarscy (stary cesarz bowiem pozostał w domu z powodu niedo­magania) i schodząc do morza ze śpiewem psalmów i hymnów, i w powodzi światła umieścili ją ponownie na ga­lerze cesarskiej. Potem popłynęli wzdłuż obrzeża miasta, aby tą podróżą morską niejako zapewnić grodowi ochronę, i przybyli do brzegu przy zachodnim murze. Tutaj wysiedli z niej i podążając dalej pieszo synowie cesarscy, wszyscy członkowie rady starszych, patriarcha z całym zgromadzeniem Kościoła odprowadzili z odpowiednią es­kortą jakby nową arkę, a raczej coś od niej cenniejszego —skrzynię zawierającą najświętsze i czcigodne przedmioty. Posuwali się po zewnętrznej stronie muru aż do Złotej Bramy, skąd następnie skierowali się do miasta i przeszli przez jego środek wśród wzniosłych psalmodii, hymnów i pieśni religijnych, w powodzi światła z pocho­dni i z procesją całego ludu. Wierzyli, że w ten sposób gród zostanie uświęcony, nabierze większej siły i po wsze czasy pozostanie wolny od niebezpieczeństw i nie do zdo­bycia. Kiedy zaś pospólstwo korzystając z dni świątecz­nych zabiegało się, aby się przyglądać, i ze wszystkich stron płynął jakby falami wielkimi i gromadził się tłum, pewien człowiek ze sparaliżowanymi nogami, cierpiący na to od dłuższego czasu, podniósł się podtrzymywany przez swoje sługi, aby zobaczyć przechodzący obraz święty. A gdy go ujrzał, w jakiś cudowny sposób został uzdrowiony. Przekonawszy się, że kostki stóp odzyskały siłę, pobiegł na własnych nogach, ucałował skrzynię z obrazem i wielbił Boga opowiadając, jakiego cudu doświadczył na sobie. Wszyscy obecni, którzy go widzieli i słyszeli jego słowa, wysławiali Boga, który jest wszechmocny i w każdym przypadku może czynić niezwykłe cuda.

29. Ile tam łez wylano z radości, ile było próśb o wstawiennictwo, modłów do Boga i dziękczynienia ze strony wszystkich mieszkańców, gdy święty obraz i czcigodny list przechodziły przez środek miasta, nie sposób tego słowami wyrazić. Opis bowiem nie jest w stanie oddać tego, co widzą oczy. Łatwiej jest przecież patrzeć na takie niezwykłe wydarzenia niż poznawać je z opowiadania, które zwykle zawodzi w takich przypadkach. Skoro prowadzący pochód doszli już do rynku przed Augusteum, zboczyli nieco w lewo z prostego kierunku i przybyli do przesławnej świątyni Mądrości Bożej, gdzie złożyli czci­godny obraz i list w najświętszym miejscu, na tronie przebłagania.                           

30. Tutaj, po oddaniu czci i spełnieniu aktu adoracji obrazu przez zgromadzenie całego Kościoła, uczestnicy pochodu znów stamtąd wyszli z tym świętym brzemieniem i przybyli do pałacu cesarskiego, gdzie na chwilę złożyli święty obraz na tronie cesarskim, zwanym Chrysotriclinium, z którego zwykle podejmowane są najważniejsze decyzje. Nie bez racji sądzili, że tron cesarski zostanie uświęcony i wszyscy, którzy na nim zasiądą, będą odpowiednio obdarzeni sprawiedliwością i dobrocią. Następnie zaczęto wznosić, podług zwyczaju, żarliwe modły i po skończeniu ich z powrotem zabrano stąd święty obraz, który został poświęcony i złożony we wspomnianej świątyni Faros, po prawej strome zwróconej ku wschodowi, jako dar wotywny ku chwale wiernych, dla obrony ce­sarzy oraz bezpieczeństwa całego państwa i wspólnoty chrześcijańskiej.

31. O, święte Podobizno Podobizny Niezmiennego Ojca! Odbicie Odbicia Istoty Ojca! Święty i czcigodny znaku pierwowzoru — Chrystusa, Boga naszego! Miej w swej opiece (przemawiam do ciebie pełen wiary, jak do żywego) i strzeż tego, który bogobojnie i łaskawie panuje nad nami, święci pamięć twojego przybycia z wielką wspaniałością i dzięki twojej obecności wyniesiony został na tron dziada) ojca. Miej w swojej pieczy jego potomków w następstwie pokoleń i strzeż ich panowania po wsze czasy. Użycz państwu trwałego pokoju, a to miasto nad miastami zachowaj niezdobytym i spraw, abyśmy spodobali się twojemu pierwowzorowi, Bogu naszemu Chrystusowi, i zostali dopuszczeni Ho Jego Królestwa w niebie, wielbiąc i wysławiając Go, ponieważ On godzien jest chwały i czci po wszystkie wieki wieków. Amen.

z greckiego przełożył Jan Radoźycki

 

 
powrót do menu        

Ó Jacek Wróbel